Z KART POŻÓŁKŁEGO ZESZYTU
Dodane przez Administrator dnia 21/02/2019 18:09:17
Świadkowie historii: 70 lat temu wielka budowa wkroczyła – jak w przypadku Jana Rospondka z Pleszowa i innych – do spokojnych podkrakowskich wsi niemal z butami. To była szansa dla czy klęska?
- Naukowcy wykopują z ziemi posągi liczące tysiące lat, odkrywają budowle wzniesione przed wiekami. Słowem – sztuki piękne są tak stare jak ludzkość, nie sposób ustalić ich metryki. Natomiast za to rok urodzenia sztuki filmowej łatwo podać - 1895 – te zdania wydawałoby się oderwane od rzeczywistości roku Pleszowa, małej wioski pod Krakowem, roku 1962, w zwykłym szkolnym zeszycie w szeroką linię, zanotował Jan Rospondek.
Być może wydarzeniem, które zaowocowało postanowieniem prowadzenia zapisków były odkrycia archeologiczne, jakich było bogactwo, w wykopach pod fundamenty powstającej huty? Wzmianka o filmie to odprysk działalności mającej na celu „niesienie kaganka oświaty” w nieoświecony lud chłopski? W każdym razie z notatek wynika że autor, wówczas już ponad sześćdziesięcioletni, był nadal ciekawy świata, który za jego życia tak radykalnej ulegał zmianie.
Te wspomnienia pokazał mi przed laty jego syn – Władysław, który potem opisał historię Pleszowa, a także utrwalił zachodzące przemiany na wielu zdjęciach, zachował kilka zeszytów ojca, z zapisami historii najbliższej, rodzinnej, czynionych przez Jana z myślą o wnukach. To glos świadka najnowszej historii.
***
Najmilsza dla człowieka jest ta ziemia, na której stawiał pierwsze kroki swoje” – zapisał Jan 1 listopada 1962 roku. Może to święto Wszystkich Świętych obudziło refleksję, o dniach minionych i chęć utrwalenia dla przyszłych pokoleń tego co ulotne, przemijalne?
Znajdujemy w zapiskach Jana Rospondka obraz Pleszowa z początków XX wieku. Obraz widziany oczami dziecka, ale wzbogacony po latach o refleksje dorosłego człowieka.
Jan urodził się w 1901. Rodzina jego ojca pochodziła z Karniowa.
Tatuś nasz urodzili się w 1854 roku i pamiętali powstanie z 1863. Opowiadali o tym, widzieli rannych powstańców, mówili że do Karniowa, do dworu, wojska carskie strzelały, bo tam byli powstańcy co przeszli przez granicę austriacką. Granica była za wsią. Pola karniowskie dochodziły do granicy carskiego zaboru za Kocmyrzowem i Cłem. Tam były rogatki, a żołnierze armii carskiej, (sołdaty – piechota i kozacy) pilnowali granicy. Pamiętam dobrze jak mi raz tatuś pokazywali szwarcowników, to jest takich, co się przekradali przez granicę. Szło ich kilku, mieli przewieszone przez plecy pęcherze napełnione spirytusem. Szli ze dworu z Pleszowa. Tam spirytus kupowali tanio, a sprzedawali na stronie rosyjskiej – z dużym zarobkiem. Ale taki przemyt groził nieraz śmiercią od kuli sołdackiej” – wspominał po latach.
Ojciec Jana pochodził „z gospodarstwa”. Jego rodzice w Karniowie mieli „dwanaście morgów ziemi, trzy konie i krowy piękne”. Ale na gospodarstwie została najmłodsza siostra. On dostał spłatę i - jak pisze Jan – musiał iść za pracą we świat. A „dawniej nie było tyle robót co dziś, w miastach. Była praca we dworach i tak się los zmieniał z lepszego na gorsze. (…)„Tatuś za ten spłat rodzinny, kupił pół domu w Pleszowie. Teraz mamy swój kąt spokojny i nasi najukochańsi rodzice i my tam się przenieśliśmy” – pisze Jan.
Wcześniej rodzina Rospondków mieszkała w dworskich czworakach. Czworaki – nazwa pochodziła od tego, że wejście do nich było z czterech stron - tzw. sienie. Dworski dom był bardzo długi i kilka drzwi było do niego. Było tam bardzo ciasno, po kilka osób mieściło się w jednej izbie. Dom, już własny,– notuje autor wspomnień - był mały z gankiem, kryty gontem (łupane w drzewie deseczki wpuszczane jedna w drugą rowki i przybijane do łat w dachu). „Tatuś kupili połowę tego domu: była jedna izba i kuchnia, bardzośmy się cieszyli, że nam będzie teraz naprawdę dobrze. W akcie kupna i sprzedaży tej połowy domu z roku 1904, jest napisane, że dom długi jest 12 metrów, a szeroki na 6”.
Dom stoi na środku wsi. Widać z niego daleko. Do szkoły blisko, kościoła i sklepu też. Niedaleko była też bardzo duża karczma, wszystko tam można było kupić: płótno na koszule i rozmaite chustki dla kobiet, i „materyje” na bluzki i na spódnice, żywność i różne towary żelazne i domowe. „Było bardzo dużo towarów w tej karczmie, ale pieniędzy u biednych było bardzo mało. Ale byli też bardzo bogaci kmiecie i gospodarze na wsi. Szczycili się, że są bardzo bogaci z dziada pradziada, jak słyszałem nie raz, jakiem do szkoły chodził. O biednych mówili, ze są dziady i gardzili nami” – opisuje po latach Jan Rospondek.
I dodaje: „byliśmy biednie ubrani, ale czysto. Tatuś mieli piękną sukmanę, kaftan i szeroki pas, zwany opaskiem, pięknie wybijany mosiężnemi kapslami z różnymi wybijanymi kółkami i gwiazdkami. Był to prawdziwy strój krakowski. Tatuś mieli go jeszcze w swoim domu w Karniowie”.
***
Prostym równym pismem opisuje Jan Rospondek niełatwe życie rodziny. „Tatuś służyli za stróża we dworze: płacono dwanaście korców zboża to jest 3 m. na kwartał. Był to jęczmień, żyto i najmniej pszenicy. Sześć zagonów ziemi pod ziemniaki, litr mleka, dwanaście metrów węgla, z pracę należało się też drzewo i było – dokąd był las. Potem nic. Trochę słomy do łóżka i parę koron dopłaty było na rok. A rok jest bardzo długi i tak tego zboża było za mało na ten razowy chlebuś, który nam tak bardzo smakował” – dlatego po żniwach dzieci szly na ścierniska i zbierały pozostałe kłosy.
Najstarsza siostra Jana służyła w pałacu za pokojówkę, brat był w terminie w Krakowie. Drugi brat pracował we dworze, młodsza siostra chodziła do szkoły, a po nauce na południe szła do pracy do ogrodu. Tam pracowały dzieci, bo starsi musieli iść do pracy w polu.
Praca ta zaczynała się o świcie, a kończyła o zmroku. „Noc wyganiała i noc przyganiała - mówiono. „Ile męki trza było przy pracy: od trzeciej rano do południa – dziewięć godzin, trochę wypoczynku przy obiedzie i znów do dziewiątej wieczór. Była to katorga, nawet o wodę do picia było ciężko – zauważa autor wspomnień. Płaca – we żniwa była jednakowa tj. 100 halerzy, czyli półtora bochenka chleba – opisuje po latach. Było nam jednak trochę lepiej niż reszcie służby dworskiej bo mieliśmy już własne mieszkanie. We czworakach ciągłe były kłótnie i swary, bo i była bieda. My dzieci żyliśmy jednak zgodnie i nie widzieliśmy problemów dorosłych, Dla nas nie było ważne, że w miejsce starych, których Jaśnie Pan wygnał ze służby, wprowadzali się „jacyś” nowi.
Jak wyglądało codzienne dzieciństwo?
„Nasze zabawki to był kawałek szpagatu czyli sznurka, jak się gdzieś znalazło, na drodze… Bawiliśmy się w konie: dwóch za ręce uwiązanych sznurkiem, a trzeci – furman za nimi, z batem”. To chłopcy. Dziewczęta robiły sobie laleczki, ze starych szmatek i tuliły je - powielając zachowania swoich rodzicieli. Ojcowie mało do domu przychodzili, sypiali we dworze , w stajni końskiej, by dla ich obrządku nie chodzić w tę i z powrotem.
Dzieci od rana do wieczora biegały boso, bo nie miały butów. Było wesoło – o jedzeniu nie myślało się – wspomina dziecięce lata Jan Rospondek.
Jakie to było jedzenie? „Chleba niedużo, ziemniaki, było ich dosyć, ale nieomaszczone i żur, też nie bardzo lubiany, mleko z wodą, bo go było za mało – jeden litr na dzień, na tyle ludzi”.
Wreszcie Janek poszedł do szkoły. „Pierwsza klasa chodziła po południu. Nie mogłem się doczekać kiedy będę mógł już czytać. Nauka szła mi dobrze. Dzieci z bogatszych gospodarskich domów wyglądały inaczej niż my: były duże, czerwone, widzieliśmy jak jadły chleb z masłem. Nosiły ze sobą piękne jabłka i gruszki. My tego nigdy nie jedli, w ten czas zaczynaliśmy się dowiadywać, jak to ludzie mają dobrze. Dzieci te patrzały na nas jako się mówi krzywym okiem, wiedziały że są bogate i nigdy nie łączyły się z nami, mówiły na nas „dziady”.
Lubił się uczyć, a ciekawość świata pozostała mu do starości – wspominał syn Władysław Rospondek. – W szkole, na egzaminach, były nagrody: piękne książki do czytania, do nabożeństwa oraz inne podarki. Ale nie dla dzieci z biednych rodzin: „kmiece dzieci były zawsze obdarzone, dla bogatszych musiało być a dla nas – nic „ - napisze po latach, opisując z emocjami swoje wcale nie sielskie, dzieciństwo.
I dlatego gdy zaczęto budować hutę, która po II wojnie dała pracę tym, którzy niegdyś służyli we dworze, także Janowi, dla niego, a potem dla jego dzieci, była to radykalna zmiana w porównaniu do czasów gdy, przed szkołą, do południa chodzili po mleko do dworu, z blaszankami - „braliśmy po litrze, czasem starsza dojarka dolewała nam więcej jak nikt nie widział…”
W zabawach chłopców, przeskakiwaniu przez ogrodzenie do dworskiego ogrodu po owoce, czy zabawy w obejściu dworskim.
Nie obyło się bez wypadków. – „Gdyśmy jednego razu przyszli do dworu po mleko, usiedliśmy pod ścianą wozowni. Było nam bardzo miło; słonko grzało dobrze. Ale to miejsce było niebezpieczne, za mną stał lewar do podnoszenia powozów, gdy je myli. Ja go troszkę ruszyłem plecami i naraz usłyszałem trzask i straszliwe uderzenie w głowę. Straciłem przytomność na chwilę. Zawroty głowy zmusiły mnie do zostania w miejscu, ale potem powlokłem się do domu, zawroty głowy bardzo długo odczuwałem”. To już był kolejny wypadek małego Janka. wcześniej, porwały go spłoszone konie jednego z gospodarzy i mocno poturbowały, ale o odszkodowaniu żadnym mowy być nie mogło, a rodziców nie stać było na dochodzenie sprawiedliwości w sądzie. Nieszczęścia związane z zabawami, dzieci, były dość częste. „Jednego razu spadł z żerdki – „trzepaka” Wojtuś Raźny, syn stelmacha, najlepszy gimnastyk, który potrafił kilka razy przejść po gołej żerdzi, a teraz spadł i skręcił kark. Płakałem długo bo to był mój najlepszy przyjaciel. Na drugi rok znów utopił się na stawie dworskim drugi dobry kolega Jędruś Lech. Reszta nas trzymała się dosyć zdrowo.
Bawiliśmy się w wolnych chwilach a od czasu do czasu robiliśmy wyprawy na marchew, kalarepę i inne smakołyki, które rosły w ogrodzie niedaleko pałacu”. Tam oczywiście dochodziło do potyczek z pilnującym zagonów ogrodnikiem.
Do domowych obowiązków Jana należało czyszczenie butów ojca. „Były duże i dosyć się namęczyłem, ażeby ładnie wyglądały, musiały błyszczeć. Czyściło się je szwarcem. Był on w drewnianym pudełku i kosztował dwa centy. Mieszało się go z wodą i tarło buty mazakiem, a potem glancowało szczotką, aż do połysku. Patrzałem potem jak tatuś szli do kościoła. Zawsze chodzili rano, nieraz i w domu śpiewali pieśni, najlepiej w zimie – kolędy. Zdawało mi się, że widzę te doliny judzkie i tych pasterzy, co trzód swych strzegli…- wspominał będąc już sześćdziesięcioletnim mężczyzną.
***
Kilkakrotnie rozpoczynał pisanie. Władysław Rospondek, który wyprowadził się z chałupy w Pleszowie, do mieszkania w bloku, w Nowej Hucie, przechował stare szkolne zeszyty z zapiskami ojca. Jan ostanie lata u niego mieszkał.
Zamysł wspomnień był obszerniejszy: „Będę starał się jak najlepiej opisać nie tylko historię swojego życia, ale też i wydarzenia jakie były w tych czasach to jest od 1901 roku do dziś” – postanowił.
Chciał opisać życie zwykle i nie takie zwykłe. Plan tematów które chciał poruszyć był szeroki. Po pierwsze - opis dworu i praca u stelmacha, rymarza – kto dzisiaj zna co to za zawody? Chciał opisać życie wsi: obowiązki, maszyny rolne, zwyczaje („dzwon nawołujący do pracy”, ogród w Pleszowie i pałac, polowania i dożynki. Dzieciństwo to szkoła, wycieczka na Wawel i Kopiec Kościuszki, odpusty, imieniny cesarza Franciszka Józefa, czytanie książek, szopki, zbieranie kłusek, raniącą bose nogi dzieci ścierń po żniwach, pasienie krów na plebani, pracę w ogrodzie i na folwarku
Wojnę – I wojna światowa, Janowi kojarzyła się z jeńcami - Moskalami, pięknie śpiewającymi we dworze, bratem Piotrusiem, okopami we wsi, wygnaniem z domów, pobytem w Krakowie u siostry Wikci, odwrotem wojsk austriackich, i ucieczką Jaśnie Panów.
Przygotowując konspekt zamierzonych wspomnień, wylicza znaczące dla niego daty:
1915 – powrót do domu, pomagam Tatusiowi we dworze, rąbanie drzewa do domu.
!917 – ucieczka jeńców, 1919 – pobór do wojska 1922-1924 – służba wojskowa w Grudziądzu.
1925 – 27 praca, u Zieleniewskiego,
1929 – ślub
1930 – bezrobocie
1939 – praca na Forcie
W wojnę – praca w Monopolu w Czyżynach.
Ostatnia z ważnych dat - 1949 – budowa huty i praca w hucie.
Nie wszystko udało się opisać szczegółowo.
- Widzisz kochany Mireczku – pisał Jan Rospondek, po latach do wnuka – mnie się widzi, że teraz wszystko się zmieniło; czasy i ludzie, wszystko dąży w bardzo szybkim tempie naprzód. To co widzieliśmy na początku dorosłego wieku teraz już nie istnieje, albo jest udoskonalone i ulepszone. Przemysł wysoko rozwinięty, tu gdzie były pola. Dzieliliśmy ziemię pańską która była zroszona potem ojców naszych, a ktoś, kto ani słyszał o jakiś kombinatach, hutach i stalowniach – teraz tam pracuje…
Krystyna Lenczowska


Symboliczne zdjęcie Henryka Hermanowicza. Lata sześćdziesiąte XX wieku. Własność MHK.