[2009.01.09] Jeszcze parę słów o spinningowaniu
Dodane przez Administrator dnia 09/01/2009 14:37:39
Tydzień temu zastanawiałem się, co sprawia, że drapieżniki atakują nasze sztuczne przynęty – blachy, rippery, woblery…. Dzisiaj parę słów o wędkarskich przyzwyczajeniach związanych ze spinningowaniem. Jak zauważyłem, od dłuższego czasu, zarówno w sklepach wędkarskich jak i nad wodą, dominują wędziska spinningowe z długą rękojeścią. Niewątpliwie długa rękojeść wędziska zdecydowanie ułatwia holowanie dużej ryby. Problem w tym, że takim wędziskiem dość trudno o precyzyjne rzuty nad zadrzewionymi i porośniętymi krzakami małymi rzeczkami lub wtedy, gdy łowiąc z łodzi próbujemy precyzyjnie rzucić blachą pod sam brzeg, tuż pod zwieszające się nad wodą gałęzie. W takich warunkach najlepszą celność osiągam używając kija z krótką, osiemnastocentymetrową rękojeścią (licząc długość korka od umocowania kołowrotka do końca dolnika). Krótka rękojeść umożliwia precyzyjne rzuty „z nadgarstka”. Przy takich rzutach prawie nie macham ręką. Gdy podejrzewam, że ryba może czaić się pod zwieszającymi się nad wodą gałęziami, czasami udaje mi się tak posłać wahadłówkę, że zanim ta doleci do celu, po drodze wykona jeszcze ze dwie, trzy „kaczki” – podobne do tych, jakie uzyskują chłopcy rzucając płaskimi kamieniami. Takie precyzyjne umieszczenie blachy w wybranym przez nas miejscu byłoby wręcz nieosiągalne, gdybyśmy posługiwali się wędziskiem z długą, zaczepiającą się o ubranie, rękojeścią.
Nie znaczy to oczywiście, że wędziska z rękojeścią długą są gorsze. Na niektórych wodach, sprawdzają się nawet lepiej. Są spinningiści, którzy takiego wędziska nie zamieniliby na żadne inne. Szczególnie jeśli przyzwyczajeni są do rzucania ruchem przedramienia (o które opierają dolnik wędki), a nie nadgarstka. Wszystko zależy więc i od naszych przyzwyczajeń i od charakteru łowiska.
Zupełnie natomiast nie zwracam uwagi na fakt, że moje wędki nie zaliczają się do tzw. górnej półki kijów czy kołowrotków. O niebo ważniejsze jest właściwe dobranie sprzętu zarówno do stosowanej metody połowu, jak i aktualnych warunków panujących na łowisku. Zbyt często spotykałem starszych, doświadczonych wędkarzy, można rzec nawet staruszków, którzy leciwym sprzętem ciągnęli jedną rybę za drugą, a niewiele dalej eleganccy panowie, ubrani jak z wędkarskiego żurnala, ze sprzętem, który widywałem jedynie na półkach dużych wędkarskich sklepów, po całym dniu spędzanym nad wodą wracali do domu bez ryby. W takich sytuacjach zawsze przypominali mi się spacerujący po zakopiańskich Krupówkach eleganccy „narciarze”,z najdroższym sprzętem, którzy oprócz spacerów przesiadywali najczęściej w kawiarniach w towarzystwie czarujących kobiet, a trasy zjazdowe oglądali jedynie w telewizji.
Jakub Kleń